Komunikacja z brukselką w tyłku

O tym jak ważna jest komunikacja z klientem napisano już w zasadzie wszystko. Przeczytać o tym można we wstępie niemal każdego podręcznika do marketingu. W związku z tym wszyscy tzw. marketerzy (czy też inne osoby odpowiedzialne za komunikację i kondycję marki) z najwyższą starannością dbają o wypasione profile społecznościowe, regularne postowanie z dużą ilością emotek i hasztagów, rozbudowane artykuły, podkręcone zdjęcia, filmiki i wszystko inne co może zostać zauważone przez potencjalnego klienta. Z wielką pieczołowitością dbają o piękno opakowań i POS-ów (bo to też komunikacja z człowiekiem, który klientem może zostać). 

Wszystko super, tyle, że z reguły na tym się kończy, …a powinno dopiero zaczynać, bo (o tym też mówią podręczniki) „taniej i prościej jest klienta utrzymać niż pozyskać nowego”, ale większość marketingowej braci uważa, że ma tak dobry produkt, że jak go klient raz kupi to zostanie z nim na zawsze. Niestety, świat nie jest idealny, zwłaszcza, że układając kolorowe obrazki na opakowaniach i treści reklam zapomina o rzetelnej i czytelnej informacji o samym produkcie, tak aby klient nie poczuł się rozczarowany lub nie zrobił sobie lub komuś krzywdy. 

Tzw. marketerzy zapominają też o tym, że komunikacja działa w dwie strony, zwłaszcza w czasach gdy media społecznościowe władają znacząca częścią życia społecznego. Zapominają o tym, że ludzie komentują, oceniają i opiniują wszystko co zobaczą, że są specjalne serwisy, które żyją opiniami (o czym wie każde dziecko) i że odpowiada się na komentarze, a nawet dyskutuje na forach i moderuje dyskurs.

Poniżej przykład jak się może skończyć beztroska komunikacyjna… i to nie jest ani żart ani fejk tylko najprawdziwszy komentarz konsumenta zamieszczony miesiąc (!!!) temu  na ceneo.pl

Tekst długi, ale zaręczam, że nie oderwiecie się od niego.

Miłej zabawy, na koszt marki VEET, a dokładnie produktu VEET KREM DO DEPILACJI DLA MĘŻCZYZN 200ML:

Dowiedziawszy się, że moje jajka wyglądają jak podstarzały rastafarianin zdecydowałem się podjąć wyzwanie i kupić żel do depilacji. Wcześniejsze próby golenia nie były zbyt skuteczne i prawie nadwyrężyłem sobie plecy starając się dotrzeć do mniej dostępnych zakamarków. Będąc nieco romantycznym człowiekiem pomyślałem, że nadchodzące urodziny ukochanej możemy uczcić oddając się cielesnym uciechom. Zawczasu złożyłem zamówienie i jako facet pracujący na Morzu Północnym z poczuciem wyższości czytałem opinie o produkcie wszystkich tych, którzy uskarżali się na jego zbyt silne działanie, uznając ich tym samym za zwykłych, biurowych mięczaków… och towarzysze mej niedoli, w jakim ja byłem błędzie! Poczekałem, aż moja druga połówka wygodnie położy się w łóżku i dając jej subtelnie do zrozumienia, że mam dla niej niespodziankę poszedłem na dół do łazienki. Z początku wszystko szło nieźle, nałożyłem żel i stałem oczekując na rozwój wydarzeń.

Nie musiałem długo czekać. Najpierw poczułem delikatne ciepło, które w ciągu kilku sekund przerodziło się w intensywne pieczenie i takie uczucie, jakby dwóch facetów podnosiło cię do góry za stringi zrobione z drutu kolczastego. Dotychczas religia nie stanowiła istotnej części mojego życia, ale nagle gotów byłem przyjąć każdą wiarę, żeby tylko powstrzymać brutalne palenie wokół odbytu i tego, co zaczęło przypominać zmielonego kotleta i dwa suszone daktyle. Chciałem zmyć żel z krocza nad zlewem starając się jednocześnie nie przegryźć sobie z bólu wargi, ale niestety zdołałem jedynie zapchać odpływ kłębkiem kłaków. Z załzawionymi oczami postanowiłem opuścić łazienkę i korytarzem dostać się do kuchni. Tradycyjne poruszanie się wkrótce przestało być możliwe, więc ostatnie metry w kierunku lodówki pokonałem na czworakach. Miałem tam nadzieje znaleźć coś, co da mi zimne ukojenie. Szarpnąłem za drzwiczki zamrażalnika i odkryłem kubełek lodów. Zdjąłem pokrywkę i umieściłem go pod sobą. Ulga była niesamowita, ale tylko tymczasowa, bo lód na wierzchu roztopił się dość szybko i ogniste kłucie powróciło. Kształt kubełka uniemożliwiał mi potraktowanie odbytu lodowym przysmakiem a wzrok powoli odmawiał posłuszeństwa, więc zacząłem nerwowo macać ręką wnętrze zamrażalnika w poszukiwaniu czegoś innego. Złapałem za jakąś paczkę, w której jak się później okazało była mrożona brukselka i starając się być jak najciszej rozerwałem folię. Wziąłem pełną garść i bezskutecznie próbowałem zaklinować kilka między pośladkami. To nie pomagało a na dodatek część żelu znalazła drogę do mojego kakaowego tunelu.

Czułem się jakby prom kosmiczny odpalił swoje silniki tuż za mną. To był prawdopodobnie pierwszy i mam nadzieję ostatni raz w moim życiu kiedy marzyłem, żeby w kuchni pojawił się bałwan gej, co powinno wam uzmysłowić do czego byłem zdolny się posunąć, żeby złagodzić cierpienie. Jedyny pomysł na jaki mój oszalały z bólu mózg mógł wpaść, to delikatne wciśnięcie brukselki tam, gdzie żadne warzywo wcześniej nie było. Niestety, moja druga połówka zaniepokojona odgłosami dochodzącymi z kuchni wybrała akurat ten moment, żeby sprawdzić co się dzieje na dole. Powitał ją widok mnie z tyłkiem w górze i truskawkowym lodem kapiącym z brzucha gdy wciskałem brukselkę w ***** mamrocząc pod nosem… „ooo jak dobrze”. Oczywiście taki szok musiał wyrwać krzyk z jej ust, a zaskoczenie, że nie słyszałem jak schodzi na dół spowodowało u mnie nagły, mimowolny skurcz, przez który wystrzeliłem w jej kierunku brukselkową salwę. To zrozumiałe, że pierdnięcie brukselką w jej nogę o 11 w nocy prawdopodobnie nie było tą niespodzianką, na która liczyła, a tłumaczenie dzieciom nazajutrz skąd na lodach wzięło się to dziwne wgłębienie nie poprawiło mojego wizerunku.
Podsumowując: Veet usuwa włosy, godność i szacunek dla samego siebie… 🙂