Chyba coś poszło nie tak… czyli o kandydatach nieco inaczej.

Za chwilę będziemy obchodzić tzw. święto demokracji, czyli wybory Prezydenta RP zwanego Pierwszym Obywatelem lub Głową Państwa.  Ten plebiscyt to niezmiennie od lat najpopularniejsze  głosowanie w Polsce, angażujące nawet nieco więcej niż połowę obywateli naszego pięknego kraju. Zanim to jednak nastąpi, trwa w najlepsze ogólnopolski festiwal komunikacyjny zwany kampanią wyborczą.

Teoretycznie wyborcy mają całkiem spory wybór spośród kilku śmiałków zgłoszonych do tego konkursu. Od tygodni każdy z nich pręży muskuły i prezentuje starannie przygotowaną przez sztaby komunikację z narodem. Na temat jej jakości nie będę się tym razem wymądrzał, bo jaka jest każdy widzi i słyszy, a na szczegółowe analizy przyjdzie zapewne czas, choć może po czasie nie będą one miały najmniejszego znaczenia.

kandydaci
fot. Wikipedia

Zastanawia mnie natomiast nico inny aspekt tych wydarzeń.

Uprawnienia polskiego prezydenta są dość precyzyjnie określone w ustawie zasadniczej. Nie jest to osoba dosłownie rządząca krajem. Prezydent w Polsce nie decyduje np. o wartości bonu turystycznego, o inwestycji w to czy inne lotnisko, ani czy przekazać środki na ten czy inny cel. Prezydent Rzeczypospolitej nie jest tym, kim jest w USA pan Trump, pan Putin w Rosji, czy we Francji pan Macron. Polski ustrój państwa wygląda nieco inaczej, a rolą naszego prezydenta jest głównie bycie arbitrem w sprawach ważnych dla państwa i jego obywateli, o czym z pewnością wiedzą (bądź powinni wiedzieć) zarówno kandydaci jak i ich mocodawcy.

I tu zatrzymam się na chwilę… bo coś chyba poszło nie tak.

Czyż w szranki o tytuł głowy państwa nie powinny stanąć wybitne osobistości, mężowie stanu i prawdziwe autorytety, ludzie niezależni, ze znacznym dorobkiem i bogatym doświadczeniem, potrafiący spojrzeć na rzeczywistość z dystansem w oderwaniu od partyjnych zależności…. Niestety, mam wrażenie, że żaden z kandydatów nie spełnia tych kryteriów.

Mamy raczej do czynienia z potyczką partyjnych pomazańców jedynie desygnowanych do startu w konkursie fajności przez mniej lub bardziej określone gremia kierownicze swoich ugrupowań od których woli zależy ich dalszy polityczny los. Panowie zamiast prezentować swoje poglądy i dyskutować o wizji Polski, przekrzykują się wzajemnie, próbując udowodnić, który jest ważniejszy, fajniejszy, mądrzejszy. Za wszelką cenę starają się przelicytować konkurentów i wzajemnie „upupiają i przyprawiają gębę” (jakby powiedział Gombrowicz). To niestety wygląda bardziej jak „bójka chłopiąt” na miny i słowa niż poważny dyskurs mężów stanu, co z pewnością nie wpływa na rangę urzędu Prezydenta i budowanie społecznych więzi.

Zupełnie nie rozumiem dlaczego w tych wyborach nie startują liderzy swoich ugrupowań (z wyjątkiem pana Kosiniaka-Kamysza) lub nie są wskazywani prawdziwi mężowie stanu zamiast trzydziesto- i czterdziestoparoletnich panów o stosunkowo umiarkowanym doświadczeniu życiowym i zawodowym.

Co poszło nie tak?

Z pewnością od lat mamy w kraju do czynienia z bardzo poważnym kryzysem autorytetów. Jako naród nie lubimy ludzi sukcesu i skutecznie obalamy pomniki lub blokujemy ich stawianie. Wybitne jednostki niestety wycofują się z polityki, a często i z życia publicznego. Jakość dyskusji sięgnęła bruku, za co odpowiedzialni są politycy cynicznie wykorzystujący narodowe problemy i państwowe słabości. Liderzy partyjni w obawie przyszłej odpowiedzialności albo w wyniku własnych kompleksów siadają na tylnych fotelach. Za ten stan polskiej polityki winę ponoszą też zwykli obywatele, którzy tolerują, a nawet podsycają, ten chwilami żenujący „polityczny wrestling”.

Niestety znów trzeba będzie głosować „przeciw” lub w myśl zasady „mniejszego zła”…